Choć segregacja odpadów stała się w Polsce prawnym obowiązkiem, statystyki zakładów utylizacji alarmują: strumień odpadów zmieszanych wciąż jest zanieczyszczony frakcjami, które nigdy nie powinny się w nim znaleźć. To nie tylko problem logistyczny, ale przede wszystkim ekonomiczny i ekologiczny, za który finalnie płacą wszyscy mieszkańcy w rosnących stawkach opłat komunalnych.
Zgodnie z polskim prawem i dyrektywami unijnymi, do czarnego pojemnika na odpady zmieszane powinny trafiać wyłącznie te pozostałości, których nie da się odzyskać w procesie recyklingu. Rzeczywistość pracowników sortowni maluje jednak zgoła inny obraz. Codziennie na taśmy przesyłowe trafiają przedmioty, które stanowią bezpośrednie zagrożenie dla personelu oraz infrastruktury technicznej zakładów.
Bomby ekologiczne w czarnych workach, jednym z najpoważniejszych problemów są odpady niebezpieczne, w tym zużyty sprzęt elektryczny i elektroniczny (ZSEE). Według ekspertów branży odpadowej, drobna elektronika od pilotów telewizyjnych po jednorazowe e-papierosy jest masowo wyrzucana do zwykłych koszy.
– „Elektronika w odpadach zmieszanych to krytyczne zagrożenie pożarowe” wyjaśnia inspektor ds. ochrony środowiska. „Litowo-jonowe ogniwa, poddane naciskowi w śmieciarce lub rozrywarce do worków, ulegają zapłonowi. Pożary w instalacjach komunalnych to dziś jedna z głównych przyczyn przestojów i gigantycznych strat finansowych”.
Równie groźne są przeterminowane leki oraz chemikalia budowlane. Substancje te, zamiast trafić do bezpiecznej utylizacji w spalarniach odpadów niebezpiecznych, przenikają do frakcji podsitowej, co może prowadzić do skażenia odcieków na składowiskach.
„Remontowy partyzant”, czyli gruz pod przykryciem, kolejną plagą są odpady poremontowe. Mieszkańcy, chcąc uniknąć opłat za wynajem kontenera typu „gruzownik” lub kosztów transportu do Punktu Selektywnej Zbiórki Odpadów Komunalnych (PSZOK), decydują się na podrzucanie ciężkich frakcji do ogólnodostępnych kubłów.
Zjawisko to, nazywane w branży „remontową partyzantką”, ma opłakane skutki dla taboru miejskiego. Przeciążone systemy hydrauliczne śmieciarek ulegają awariom, a mechanizmy prasujące nie są przystosowane do zgniatania betonu czy ceramiki łazienkowej. To generuje koszty napraw liczone w dziesiątkach tysięcy złotych, które gminy muszą uwzględniać w kalkulacji stawek za wywóz nieczystości.
Bariery świadomościowe i infrastrukturalne, dlaczego, mimo szerokich kampanii edukacyjnych, do odpadów zmieszanych trafiają opony, akumulatory czy odpady bio (np. płynne resztki jedzenia)? Socjolodzy wskazują na tzw. „lukę wygodnictwa”. Jeśli najbliższy PSZOK jest oddalony o kilkanaście kilometrów lub otwarty w godzinach pracy większości obywateli, skłonność do łamania zasad segregacji rośnie.
Jednak cena tej wygody jest wysoka. Polska stoi przed surowymi karami unijnymi za nieosiągnięcie wymaganych poziomów recyklingu. Każda tona odpadów niebezpiecznych lub surowców wtórnych, która zostanie „zmarnowana” w pojemniku na zmieszane, oddala nas od realizacji tych celów.
Gdzie leży rozwiązanie?, Eksperci są zgodni: niezbędne jest zaostrzenie kontroli oraz uszczelnienie systemu. Coraz więcej gmin decyduje się na monitoring altan śmietnikowych oraz systemy kodowania worków, które pozwalają przypisać konkretne odpady do gospodarstwa domowego.
Dopóki jednak czarny worek będzie postrzegany jako miejsce na „wszystko, co kłopotliwe”, system gospodarki odpadami pozostanie nieefektywny. Edukacja musi iść w parze z nieuchronnością sankcji za rażące naruszanie zasad segregacji, ponieważ błędy jednostek uderzają w budżety całych wspólnot lokalnych.
Autor: Redakcja Sieradz To My.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze są moderowane.
Redakcja zastrzega sobie prawo do usuwania wpisów naruszających prawo, zasady współżycia społecznego lub regulamin serwisu.